piątek, 11 czerwca 2010

Puf, jak gorąco

Cały tydzień w sukienkach, dokładnie tak, jak ostatnio sobie zamarzyłam. Gdzie nie spojrzeć, tam spódnice, falbany, tuniki. Wystarczy przejść się po ulicy, by zobaczyć całą letnią kobiecą garderobę, upychaną wcześniej po kątach i odkładaną z nadzieją na lepsze dni. A tymczasem żar leje się z nieba. Nie ma miłosierdzia.

Aż chciałoby się rzucić sesję, studia i wszystko wokół, kupić bilet do Kołobrzegu i wsiąść w pociąg.





Cóż, skoro nie można mieć morza, przynajmniej pobawmy się, że jesteśmy nad nim. Pobawmy się we frywolne dziewczyny pin-up!



Motyw marynarski, który wiecznie bywa w modzie i znów powraca, został schwytany w sukienkę z cudowną talią i dołem w kształcie bombki. Miałam się zastanawiać? Musiałam kupić tę sukienkę.

Ostatnio granat działa na mnie magnetycznie. W dodatku połączony z moją ukochaną czerwienią tworzy cudowny kontrast. Efrem mówi, że ten zestaw kolorystyczny już przestaje być szokujący i wkracza w fazę bycia nudnym i pospolitym. Ja w te plotki nie wierzę.



Co do koczka: wreszcie się poddałam i zrobiłam sobie na czubku głowy mimblową cebulkę tak jak cała reszta dziewoj na ulicach. Choć raz sobie pofolguję i będę jak inni, niech tam.

piątek, 4 czerwca 2010

Tess, kapelusze, kwiaty i walizki

Czy ktoś pamięta filmowe adaptacje Tess of the D'Urbervilles?

Miałam okazję oglądać dwie wersje: z tę z 1998 oraz tę Polańskiego. Bardziej przypadła mi do gustu ta pierwsza, jako że dłuższa, serialowa i wierniejsza oryginałowi. Oglądałam ją jako pierwszą, późno w noc, ze spektakularnym bólem istnienia, atakiem mizoandrii i niepowstrzymanym szlochem podczas napisów końcowych.

- You're unjust, Angel. You're unjust!


Ta linijka potrafi doprowadzić mnie do stanu okołopłacznego. Jak Anioły mogą być niesprawiedliwe? Przecież to oksymoron!

Polański był dla mnie później, ten z Nastazją Kinski. Na dodatek, dość niedawno wyszła jeszcze inna wersja. Oczywiście, radzę przeczytać oryginał Hardy'ego, ale w filmach są naprawdę urzekające obrazy. Angielska wieś, panny w białych sukienkach, scenki rodzajowe z dojeniem krów i kopaniem ziemniaków. Wbrew pozorom urokliwe, nie ironizuję. Najbardziej zaś urzekają mnie sceny z kapeluszem; sceny z walizkami i truskawkami. Młoda Tess w słomkowym kapeluszu, gubiąca go specjalnie po drodze, żeby wysiąść z powozu i iść na piechotę. Tess z walizkami, jadąca w szeroki świat, młoda, niewinna, kobieta czysta do samego końca. Tess o wyrazistych ustach, kuszona soczystymi truskawkami przez Aleca...



Dlatego jak ostatnio zobaczyłam pewien kapelusz na wystawie sklepowej, nie mogłam sie powstrzymać. Chodziłam wokół niego, obwąchiwałam, przymierzałam, odchodziłam, wracałam, zwodziłam i uwodziłam, aż w końcu nie wytrzymałam. Tak, kupiłam go.



Walizka ze strychu. Kiedyś moja mama jeździła z nią na wakacje.



Bluzka to góra odpruta z jakiejś sukienki, która przeleżała wiek w szafie, a potem została przez mnie odnaleziona, podfastrygowana i zszyta przez moją zacną rodzicielkę. Teraz ją uwielbiam i ciągle noszę - nie dość, że cudowne kwiatki (wiosna, trendy i tzw. "kwiatowe printy" - ta nazwa bawi mnie niewymownie), to na dodatek pasuje na mnie idealnie.



Na koniec zbliżenie na torebkę. Nie tylko białe rajstopy, De mówi: białe torebki też są na topie.

poniedziałek, 10 maja 2010

But na głowie i zabawa trwa

Moda jako sztuka użytkowa, zabawa modą, przedmioty użytkowe jako moda, fetysze na wybiegu. 

To takie hasło na dziś. Usiądź obok, wsadź sobie buta na głowę i baw się razem z nami.


Zaczęło się od tego, że coś nam odbiło i zaczęłyśmy się interesować abażurem. Potem oglądałyśmy Brazil Terry'ego Gilliama (i najśmieszniejsze - nie skończyłyśmy! Było późno, a po ulicach szlajali się goście Dacie-Się-Zakochać, więc postanowiłyśmy przerwać oglądanie i odprowadzić De do domu). W Brazil, prócz wielu innych pasjonujących i psychodelicznych rzeczy, była babka z butem na głowie. But był w panterkę



Szukając tego screena De się zorientowała, że całe Internetowe meme o butach na głowie zostało już dawno temu wymyślone i wypraktykowane przez pewnego niesławnego imageboarda, tzw. "Put Shoe on Head" z 2006 roku. Nic dziwnego, w sieci jest wszystko.

Co ciekawsze, znalazła też zdjęcie żony Salvadora Daliego, Gali Daliut, w kapeluszu o kształcie pokaźnego botka, który z powodzeniem potrafi przemienić profil kobiecy w kontur nosorożca z sawanny. W 1939 projektantka mody Elsa Schiaparelli zaprojektowała ten kapeluszobut do swojej jesienno-zimowej kolekcji. Popieramy.



Zostawiając na chwilę buty na nietypowych częściach ciała, przenosimy się na chwilę w świat szafiarek pomniejszych i ich niewinnych zabaw z abażurem, który spokojnie mógłby się pojawić na wybiegach jako nie tylko sukienka, ale również wzorowane na indiańskich pióropuszach nakrycie głowy. Parę zdjęć archiwalnych. Na pierwszy ogień Efrem:





Tutaj widoczne wyraźne inspiracje śpiewającymi kwiatami z ogrodu w Disnejowskiej Alicji z Krainy Czarów oraz kołnierzami dla chorych psów.

De była mniej kreatywna albo raczej inne abażurowe zabawy się lekko rozmyły i z tego względu się nie nadają:



Tej sukience jeszcze się przyjrzymy dokładniej w kolejnej odsłonie naszych wybryków, tzn. w następnych notkach. Na razie proszę zauważyć tę tajemniczą niewinność spod szerokiego ronda kapelusza. Nawiązania do grzybów i grzybków widoczne jak na dłoni.



Mamy jeszcze coś na deser. Polecamy zgooglować kolekcję McQueena z 2009 roku. To, co się tam działo, jest nad wyraz bohemistyczne, szalone i perwersyjne, co wywołało serię kwików u De i zostało zakwalifikowane jako warte zapamiętania.

Przede wszystkim - modelka z abażurogłowiem wystąp!









De znajduje jako wielce fascynujące pomysły z kołpakiem od koła, parasolem i paranoiczną klatką z czerwonymi promieniami. Całość kolekcji sprawia wrażenie jak ze sceny podczas występu Marylina Mansona. Nie zdziwiłabym się, gdyby główny wokalista przywdział na siebie tego typu kreacje i poszedł zabijać noworodki albo obgryzać głowy nietoperzom. A, przepraszam, czy to przypadkiem nie Ozzy gryzł nietoperze? Whatever. Jakby co, De jest fanką Marylina Mansona i nie chce urazić niczyich uczuć. Lubi też pepitkę (o czym świadczy jej torebka i kapelusz w ten deseń, specjalnie dobrane). Pepitka jest taka punkowo-gotycko-retro-harajuckowo-coco-chanel, jak wyrzuca z siebie jednym tchem De.
Och.

piątek, 7 maja 2010

Maj.

Chciałyśmy, żeby w końcu przyszedł maj.

Niestety, maj przyszedł, ale nie taki, jakiego sobie wymarzyłyśmy. Nie przyniósł ze sobą pikników i złocistych popołudni, a tylko bębnienie w szyby i srebrną blachę dachu. Deszcz dzwoni, deszcz dzwoni... wiosenny.

Jakiekolwiek odsłonięte fragmenty ciała oblepia wilgotna melancholia. Powietrze szczypie niemal tak, jak w Elsynorze. Nostalgia kwitnących głogów i ciężkich bzów zachęca do długich, samotnych wędrówek i spacerów po dzikich ogrodach. 

W Efrem wzbiera poczucie, że intensywniej się już nie da, że kwiaty nie potrafią pachnieć mocniej, a zieleń nie może być już bardziej absyntowa. Wybuch zieleni wycisza, budzi pragnienie otulenia się ciepłą szarością, płaszcze włóczykija, bluzą Stachury, w przypadku De - czarnym swetrem.

Jednocześnie w tej sennej atmosferze każdy kolor krzyczy, zwykła czerwień zamienia się w szkarłat, a każda biel zyskuje magiczną poświatę. 




Efrem preferuje tej wiosny jasne rajstopy: białe, kremowe. Jak mówi, nawiązuje w ten sposób do jedwabnych pończoch arystokratek. Poza tym dzięki kontrastowi z ciemnymi butami tworzą bardzo ciekawy efekt. 


Bladoróżowa wstążka we włosach nawiązuje z kolei do carskiego buduaru. Pastelowy, delikatny róż jest hitem tego sezonu.

Efrem krzyczy włosami i spódnicą, pobudzając zadeszczoną rzeczywistość.




De w wersji bardziej męskiej niż Efrem. Długo wyszukiwane jasnoszare buty z kokardką: następczynie poprzednich, jesiennych szarych botinek. Kokardki wraz z falbanami i intensywną kobiecością przebijają się z wolna do wybiegów. Nieodłączne  rurki, sprzyjające figurze klepsydry plus nieobcisła kamizelka poety, bo tak.



Stwór zza krzaka, eksplodujący z zieleni intensywnym granatem.



Muzyka deszczu tańczy do nas.


Ubrania pochodzą zazwyczaj z second-handów i szaf przodków, sporadycznie z normalnych sklepów. Traktujemy je jako inspirację i sztukę, a nie reklamę, więc listy płac nie będzie.

sobota, 1 maja 2010

Miotła w naszych rękach

Kim jesteśmy?

Artystycznymi duszami, które przechwyciły miotłę w swoje ręce. Nie znamy się na modzie, przyznajemy od razu. Nie będziemy starszymi wersjami 13-letniej Tavi. Uprawiamy bohemę, a ubiór jest częścią sztuki codziennego życia.

Zamierzamy modę badać. Dopasowywać ją do siebie, oceniać trendy, tworzyć siebie i dzielić się odkryciami. Przede wszystkim zaś mieć radochę z przebierania się i barwić swój świat drobnymi przyjemnościami.

W takim razie to kolejny szafiarski blog?

Pierwsza różnica: jesteśmy we dwie, nasze style ubierania się są różne.

Druga: planujemy również robić sesje tematyczne, komentujące popularne motywy obecne w magazynach, na wybiegach i na ulicach.

Trzecia: mamy tyle różnorodnych pomysłów, że to będzie coś więcej niż kolejna szafa na pokaz. Wystarczy śledzić nasze poczynania.


Jakie jesteśmy?


Efrem

Za każdym razem, gdy obracam głowę, mijają epoki. Inspiruję się hippie, boho i prerafaelitami. Ostatnio wchodząc do sklepów mam tendencję do wskazywania ciuchów, które są lub będą wkrótce modne.

TO jest moja gra na wielu bębenkach, dzięki której będę mogła codziennie być wszystkim, czym zechcę. Nie mam czasu na codzienne przeżywanie katharsis. Obawiam się, że umarła we mnie ta wąsko biodra dziewczynka, która miała zawsze obwódki paznokci czarne od tuszu i gliny, która nie mogła spać. Nie wiem, jak ją straciła, ale czuję, że tak jest – i cierpię.

Moda jest sztuką użytkową i tak chce ją traktować. Jak wielki cudzysłów, kompozycję kompromisów i metafor. Jak grę, w której cała zabawa polega na coraz lepszym poznawaniu zasad. Na umilaniu sobie czasu w tramwaju, grając z tymi, którzy rozumieją nasze znaki.

Uciekają ode mnie moje własne rytuały. Kim jestem, skoro codziennie rano mogę zdecydować, kim dzisiaj chciałabym być. Jak pokazać swój styl, skoro jeśli daruję sobie naciągane pretensje do tej, czy innej dekady z dziejów świata, styl zawsze sprowadzi się do wyboru pomiędzy podoba mi się a absolutnie nie do przyjęcia. Nawet jeśli usprawiedliwię preferencje drobnymi inspiracjami i skojarzeniami z kolorem zboża.




De

Poecica. Stworzenie poszukujące, prowokujące i z przekorą oznajmiające światu, że "to, co perwersyjne, jest ciekawsze". Stanikowo uświadomiona, zamierza propagować wśród innych modę na dopasowany stanik (tak, ty też masz za duży obwód i za małe miseczki, statystyczna czytelniczko). Czerpie inspiracje z epoki wiktoriańskiej, lat 50-tych, stylów rock i punk. Jej kolory: czerwony, czarny, biały, fioletowy.


Gdy wchodzi do sklepu z ubraniami, ma wrażenie, że sprzedawczyni nią pogardza. Nie kupi sobie trampek za 200 zł. Nienawidzi, gdy wchodząc do markowego butiku wie, że nie znajdzie prawie nic w swoim rozmiarze. Dlatego woli lumpeksy. Ubrania stamtąd przynajmniej były używane przez prawdziwych ludzi z krwi i kości, a nie szyte na anorektyczce modelki o rozmiarze zero. Kwiknęła z radości na wieść o „rewolucji” dotyczącej „zmiany sylwetki na pełniejszą”, choć i tak podchodzi do niej sceptycznie. (Lara Stone i jej 36/38 przy niebotycznym wzroście to jeszcze nie zawrót głowy.)


Szuka momentów spełnienia w życiu. Tych drobnych chwil, kiedy się zatrzymujesz i mówisz sobie „kocham życie”. Małych oświeceń, codziennych epifanii, smakowania chwil i oblizywania warg. Dzięki ubraniu i przebraniu może kreować siebie, czuć się dobrze, trochę oszukać, trochę upiększyć – i polubić samą siebie taką, jaką się jest. Im większa liczba dni, kiedy wychodzi z domu i czuje się dobrze w swojej skórze, tym cudowniejsze życie. Dlatego podjęła grę w modę. Żeby się lepiej czuć ze sobą. Żeby patrzeć w lustro i mieć ochotę przejść na jego drogą stronę i powiedzieć swojemu odbiciu bezpośrednio, że jej się podoba.



Przy robieniu zdjęć żadna miotła nie ucierpiała.